Zbór Kościoła Wolnych Chrześcijan w WarszawieAndrzej Borucki

  • Pierwszy raz zetknąłem się z prawdziwą Ewangelią latem 1999 roku. Byłem wtedy jeszcze w wojsku. Na dworcu w Lęborku zobaczyłem ludzi, którzy prawdopodobnie głosili Słowo Boże. Nie wiedziałem skąd są, ani jak się nazywają. Nawet nie interesowało mnie to. Moją uwagę zwróciło jednak to, co mówili. Z pełnym przekonaniem twierdzili, że „jeśli chodzisz do kościoła - nie znaczy to jeszcze, że jesteś chrześcijaninem; nie znaczy o tym również fakt, że się modlisz, żyjesz porządnym życiem, spełniasz dobre uczynki”. Pomyślałem sobie wtedy: „W takim razie kim ja jestem?” Pozostawili mnie jeszcze z pytaniem: „Jeśli chcesz żyć dla Boga, czy będziesz potrafił zrobić dla Niego wszystko?”. Wtedy myślałem, że tak. Największe wrażenie wywarły na mnie ich słowa, że to Pan Bóg kazał im przyjść tego dnia w to miejsce i głosić Ewangelię.

    Traktat który otrzymałem wyrzuciłem prawie nie zaglądając do niego. Ziarno jednak zostało zasiane. Odtąd zacząłem regularnie uczęszczać do kościoła (katolickiego oczywiście) co niedzielę, odprawiać tzw. „pierwsze piątki miesiąca”. Żadna pogoda nie była w stanie mnie od tego odwieść. Gdy wyszedłem z wojska- robiłem tak dalej. Dlaczego? Myślałem, że znajdę tam Boga. Co do tego, że jest, że istnieje nie miałem wątpliwości. Rozmyślałem nad dziesięcioma przykazaniami i uważałem, że wypełniam je prawie wszystkie.

    W międzyczasie wyjechałem do Gdańska - miałem konkretne plany – dostać się do policji, ożenić (miałem dziewczynę, którą bardzo kochałem), jakoś poukładać swoje życie. Na początek podejmowałem się różnych prac, przez nie zetknąłem się z wierzącymi. Mogliśmy wiele rozmawiać. Dowiedziałem się, że ta moja sprawiedliwość jest nic nie warta, bo jeśli uchybiam chociaż w jednym przykazaniu – znaczy to dokładnie tyle samo – jakbym przekraczał je wszystkie. Trochę trudno było mi to przyjąć. Okazało się nawet (wbrew temu, co o sobie myślałem), że tak naprawdę nie dochowuję żadnego przykazania. Brat z którym pracowałem wykazał mi to krok po kroku, zagłębiając się dokładnie w Słowo Boże.

    Czytałem Biblię i choć czasami błędnie odbierałem to, co tam było napisane – mogłem pytać się o różne rzeczy Braci, a oni naprowadzali mnie na to, co słuszne. Lubiłem obserwować, jak wszystko powierzali Panu, jak dziękowali Mu, modlili się. Uważałem, że też jestem wierzący tyle, że „słabszy w wierze”. Trudno było mi przyjąć, że katolicy są daleko od Boga, że tam Go nie ma. Może nie wszyscy są zaangażowani, ale przecież taki dziadek, który całymi dniami klęczy w kościele i się modli - -on robi to dla Boga. Czy On miałby go odrzucić? A ci wszyscy ludzie, którzy pielgrzymują do Watykanu? Dowiedziałem się, że jest Słowo: „Nikogo na ziemi nie nazywajcie ojcem swoim; albowiem jeden jest Ojciec wasz, Ten w niebie.” (Ew. Mateusza 23,9). To jeszcze wtedy do mnie nie dotarło – bardziej dotykało mnie Słowo dotyczące bałwochwalstwa i to - „ Nie będziesz miał innych bogów obok mnie.” (II Ks. Mojżeszowa 20,3). Usłyszałem, że takim „bogiem” może być wiele rzeczy: telewizja, muzyka, pieniądze, praca, nawet rodzina. A Bóg nie chce mieć niczego ani nikogo przed ani obok Siebie. Chce być pierwszy we wszystkim. Zacząłem obserwować siebie, moją hierarchię wartości. Zobaczyłem, że nawet czytanie Słowa Bożego często przegrywało u mnie ze słuchaniem radia. Ale czytałem, dużo. Modliłem również, oczywiście swoimi słowami. Bracia często namawiali mnie, żebym uczestniczył w nabożeństwach, ale ja wolałem słuchać ich, a nie przychodzić do zboru.

    Naprawdę uważałem się za wierzącego, co denerwowało jednego z Braci, który powiedział mi w końcu: „Wiesz co Andrzej? Zapytaj tego swojego Boga w takim razie kim ja jestem. Miej odwagę.”

    Wracając do domu zacząłem się szczerze zastanawiać, co też Pan Bóg może mi odpowiedzieć – rozważałem różne możliwości i co też ja z tym zrobię. Wyszło na to, że modliłem się o wszystko, tylko nie o to. Podświadomie czułem jaka będzie Boża odpowiedź i bałem się ją usłyszeć. Wiedziałem już, że muszę spotkać się z Panem, ale chciałem się jakoś na to spotkanie odpowiednio przygotować – uprzedzić rodzinę, moją dziewczynę, że się nawrócę. Na co Pan Bóg odpowiedział mi przez jednego z Braci Słowem z Ewangelii Mateusza 8:21-22 „A drugi z uczniów rzekł do niego: Panie, pozwól mi wpierw odejść i pogrzebać ojca mego. Ale Jezus rzekł mu: Pójdź za mną, a umarli niechaj grzebią umarłych swoich”. Od tamtej pory zastanawiałem się, jak to zrobić „Nie dam rady się nawrócić – myślałem – Ty sam to zrób Panie.”

    Wtedy Pan zabrał mi wszystko – nie przyjęli mnie do policji, moja dziewczyna bez większych wyjaśnień stwierdziła, że nie widzi dla nas przyszłości – stanąłem nagi jak Job. Pan Bóg rzeczywiście sam to uczynił, co dotarło do mnie dużo później. A sam dzień w którym dał mi narodzić się na nowo?...

    Był czas wtorkowego nabożeństwa, po końcowej modlitwie Brat przełożony powiedział, że idzie na górę do siebie, ale jeśli ktoś ma coś do niego – bez problemu może przyjść, czy to pomodlić się, czy porozmawiać. I poszedłem, oczywiście nie po to, żeby się nawrócić.

    - Mam tysiąc pytań – powiedziałem

    - słucham – odpowiedział

    - Jak można powiedzieć, że trzeba tak, żyć, żeby świat zewnętrzny na nas nie wpływał – przecież to niemożliwe.

    - Nie da się, faktycznie. Tylko w Panu Jezusie można się skryć. Proszę o następne pytanie.

    Jakoś nie miałem ich więcej.

    - Jeśli masz taką odwagę – powiedział Brat – to chodź do pokoju i pomodlimy się o jedna rzecz.

    - Co ja zrobiłem? Po co tu przyszedłem? Jak stąd uciec? - tylko to dźwięczało mi w głowie. Zadawał mi jeszcze trochę pytań, na które byłem w stanie odpowiadać jedynie „tak”, „nie”, „nie wiem”.

    Poszedłem modlić się z nim. Myślałem, że tylko on się pomodli i na tym się skończy. Jednak po chwili milczenia zacząłem i ja, że jestem już zmęczony, że nie chcę dalej tonąć w grzechu , żeby Pan mnie od tego wybawił. Gdy skończyłem Brat zapytał czy sobie czasem czegoś jeszcze nie zostawiłem, czy wszystko wyznałem Bogu, może jest jeszcze jakiś grzech. Z pewnym wahaniem musiałem przyznać, że rzeczywiście tak jest. I jeszcze raz poszliśmy na kolana, a kiedy wstaliśmy Brat zapytał tym razem:

    - Czy wierzysz , że Pan Jezus słyszał tę modlitwę?

    - Wierzę.

    - Czy odpuścił ci grzechy?

    - Tak

    I chociaż nie wiedziałem wcześniej jak to jest „narodzić się na nowo”, byłem pewien, że Pan Jezus zakrył wszystkie moje grzechy, jest ze mną i tak już będzie zawsze.

    Chciałem jeszcze dodać Słowo zapisane w Liście do Rzymian 10:20

    „... Dałem się znaleźć tym,

    Którzy mnie nie szukali,

    Objawiłem się tym,

    Którzy o mnie nie pytali,”

    To tak naprawdę jest o mnie i dziękuje mojemu Panu, że dał mi się znaleźć.

    Andrzej Borucki

Zapraszamy na zgromadzenia

Niedziela godz.10:00, czwartek godz.19:00. Warszawa ul. Kurpiowska 5.

Zbór Kościoła Wolnych Chrześcijan w Warszawie. Wszelkie prawa zastrzeżone.